Wiedeń

Oto prawidło dla monarchy...

12 maja 1790: "Uwagi nad opinią pospólstwa wiedeńskiego te uczyniłem, że ku przeszłemu cesarzowi [Józefowi II] niechętne powszechnie, ku teraźniejszemu [Leopoldowi II] z wielkim przywiązaniem. Przecież teraźniejszy monarcha jeszcze w niczym losu jego nie polepszył. Podatki idą, rekrutów ciągną, wojna trwa, na inszą przygotowanie, ale już wolno ludowi bawić się po kaplicach, chodzić po odpustach, włóczyć się z chorągwiami i z obrazy po mieście. Przy tych zabawach zapomina o ciężarach, wielbi swojego pana, już nazywa go łaskawym, dobroczynnym, najlepszym etc. Oto prawidło dla monarchy, który chce być strasznym a kochanym. Niechaj lud bawi, ulega jego opinii, wchodzi w nią, a potem niechaj go obarcza podatkiem, tym to źródłem swojej potęgi".

 

Cesarzowi wolno więcej

19 lipca 1791: "Idąc na Leopoldstadt do Prateru, przed mostem na słupie wielką tablicę widząc, przystąpiłem. Najwyższa władza dla dobra powszechnego stanowi prawo, aby przez ten most nikt pod karą nie ważył się prędko jechać. Jakoż uważałem pilnie to prawo od wszystkich zachowane: każdy, młody i stary, pan i kupiec, skoro do mostu dojechał chociaż w największym pędzie, nagle wstrzymywał konia i krok za krokiem przez most wlókł się. Wtem usłyszałem krzyk: »Aus dem Weg«. Stanęły wszystkie pojazdy, przeleciała pędem jedna i druga, i trzecia kareta przez ów most. Ciekawy [byłem], kto [był] tak zuchwały, iż gdy cała publiczność poważa prawo, on w przytomności wszystkich tak bezkarnie je łamie? Powiedziano mi, iż to sam stróż prawa, cesarz, za nim synowie jego etc. Leopoldstadtu most uczynił mi najjaśniejsze wyobrażenie absolutyzmu. Przypomniałem sobie most w Szwajcarii, przez który prawo zakazuje prędkiego przejazdu; widziałem przejeżdżających ubogich, bogatych, prawodawców i samych prezesów najwyższej rady: wszyscy równie zachowali prawo".

 

Gmin nie myśli

16 sierpnia 1791: "Byłem na polu pod Simmeringer Heide, gdzie stał obóz regimentu artylerii. Dnia tego dawano dowody swojej zręczności w wyrzucaniu bomb i w zawodzeniu, i strzelaniu z armat. Za piątym wyrzuceniem bomby widziałem zapalony dom i zburzony; za kilkudziesiątym uderzeniem z armat widziałem rozsypaną przeciwną baterią. Zręczność, szybkość, ogromność ognia, doskonałość człowieka w używaniu, kierowaniu, obracaniu tych niezmiernych miedzianych dział zadziwiła mię. Spytałem po pierwszym ostygnieniu: »A to dla czego?«. »Dla zabójstwa łatwiejszego ludzi«. A tego zabójstwa jaki koniec? - duma, całość, potęga tych dwóch albo trzech osób, które widziałem na boku w namiocie. Patrzeć na ten widok wyszło z Wiednia mnóstwo niezmierne samego pospólstwa; szlachta i duchowni nie wyszli. Cesarz, cesarzowa i arcyksiążę z żoną przyjechali. Armaty i bomby czynią huk, sprowadziły więc zmyślne pospólstwo: patrzało z uciechą na źródło swoich największych nieszczęść. Gmin nie myśli".  

 

Cyt. za: Dziennik podróży Stanisława Staszica 1789-1805, Kraków 1931, s. 25, 285, 290.